O wychodzeniu z ciała i podróżach w nieznane

O wychodzeniu z ciała i podróżach w nieznane

Pytanie z Sylwestra

Na spotkaniu sylwestrowym pewien Darek zapytał mnie (pozdrawiam, bo pewnie będzie to czytał) o moje doświadczenia wychodzenia z ciała lub — jak można by to było lepiej zobrazować — w subtelny sposób wyśmiał prawdziwość takiej możliwości, uznając ją za piękną, wybujałą wyobraźnię.

Wszystko w porządku. W końcu pierwszy raz od dawna wybrałam się na sylwestra — na prywatkę przy lesie, z zewnętrznym ogniskiem przez całą noc, muzyką na żywo i sauną, w gronie wielu ludzi, którzy niekoniecznie żyją światem duchowym. Jednak wybierają bliskość, szczerość i otwartość, a to już jest wielkie.

Koniec roku trochę mnie przetargał. Moi rodzice po 30 latach przenieśli się do nowego domu i trzeba było pomóc im wyrzucić tony śmieci. W Klubie Mistrzów drzwi do łazienki odpadły i całkowicie wysiadł prąd — na dwa tygodnie!
Ostatni tydzień grudnia i pierwszy tydzień stycznia — typowo zwiastując przejście.

Przyznam się, że pierwszy raz poczułam ciężar Klubu Mistrzów, który na co dzień prowadzę w stolicy. Ciężar trzymania światła dla setek ludzi, którzy przeżywają tam swoje chwile otwarcia się na siebie.

Pewnie dlatego, że sama przeżywałam tzw. „pustkę wzniesieniową” — moment, w którym stare motywacje w tobie kończą się i tworzy się pustka, którą wkrótce wypełni coś nowego. Jednak zanim to nastąpi, jest ten moment „nicości”, przed którym nie uciekniesz, więc można mu się tylko poddać.

Stworzyła się tak wielka pustka, że wessała cały prąd w Klubie i prowadzący musieli prowadzić swoje spotkania przy świecach.

Jak więc widzicie, to, co we mnie, bardzo szybko manifestuje się w świecie rzeczywistym.
I tak to już jest.
Uroki Realizacji.


Rozmowa z mniszką

Przy jednej z takich rozmów, przed zajęciami bez prądu w Klubie Mistrzów, rozmawiałam z mniszką, która prowadzi u nas satsangi i jogę.

Właśnie wróciła z Indii, gdzie doświadczyła osoby umierającej — mistrza, który odchodził z tego świata. Czyli doświadczenia śmierci, przechodzenia na drugą stronę, dotknięcia największego strachu ludzkości — końca.

Zwierzyła mi się też, że pierwszy raz doświadczyła oddzielenia od połączenia z duszą. Stanu, w którym jest większość ludzi, a który dla Mistrzów jest najgorszym koszmarem.
Kiedy nie czujesz połączenia ze swoim duchem.
Kiedy czujesz pustkę.
Kiedy czujesz, że zostałeś sam.

I tu wracam zwinnie do głównego tematu.
Jeśli my wychodzimy czasem z ciała — nasza świadomość podróżuje poza fizycznością — dlaczego dusza od czasu do czasu nie mogłaby sobie zrobić takiej wycieczki. 🙂

Uspokoiłam moją drogą mniszkę, dzieląc się swoim doświadczeniem.

Moja dusza opuszczała mnie już kilka razy w tym życiu i faktycznie jest to stan prawdopodobnie bardzo potrzebny, ale taki, którego nie chce się powtarzać.
Nie z własnej woli.

Na szczęście, tak jak nasza świadomość wraca do ciała, tak i dusza — po swojej wyprawie, resecie, przełączeniu się na nową ścieżkę świadomości — wraca.
Zawsze. Zawsze wraca.
Czasem po prostu trzeba poczekać dłużej niż kilka dni.


Wychodzenie z ciała

Jak przekonać kogoś, kto żyje w konstrukcie umysłu, że świadomość może funkcjonować także poza ciałem?

Nie da się — chyba że otworzy się na taką możliwość.

Widzicie, żyjemy w świecie, gdzie każdy sam kształtuje swoją rzeczywistość. Dlatego nie ma co udowadniać, nie ma co się przekomarzać.

Jedyną prawdą, jaka jest, są nasze doświadczenia.

To po nie tu schodzimy.
To one nas rozszerzają.
I każdy swoje doświadczenia zbiera po swojemu — w swoich własnych kierunkach, które są dla niego wartościowe.

Tak się stało, że w tym życiu miałam wejść spontanicznie w doświadczenia, których umysł nie pojmuje i których za nic nie umiałby zrozumieć.
Takim doświadczeniem jest życie w wielu wymiarach naraz.
Ale też wychodzenie poza ciało.


Podróże poza znaną rzeczywistość

Najfajniejsze w spontanicznym wychodzeniu z ciała — poza samym doświadczeniem — jest to, że po takim otwarciu się, po przeżyciu czegoś totalnie abstrakcyjnego dla umysłu, okazuje się, że są inni ludzie, którzy spontanicznie doświadczyli dokładnie tego samego i podzielili się z innymi swoim doświadczeniem.

Przynajmniej tak było ze mną.

Kiedy po realizacji (niegasnącym połączeniu z duszą) mój świat zwolnił jakieś pięć razy i mój człowiek, w połączeniu z pełnią, całkowicie zmienił swoje zwyczaje, często po prostu byłam.

Wstawałam rano, siadałam w fotelu i zatapiałam się w piękno bycia. W istnienie, w oddychanie, w wizje, które przychodziły.

Można by to było nazwać dostrajaniem się do pola duszy.

Kiedy, czując ogromną przyjemność w ciele, pozwalałam, żeby ta energia po prostu mnie wypełniała, jednocześnie pozwalając, aby pokazywała mi wszystko to, co jest — jej oczami, jej czuciem.

Pozwalałam sobie na przepływ informacji z czystego pola świadomości i mój człowiek co chwila brał głęboki oddech i odczuwał takie energetyczne „aha”. Oddech za oddechem — i tak na początku od rana do wieczora. Siedziałam w fotelu, często nic nie jadłam i zanurzałam się w świat czucia, a czas płynął przez „NAS” — mnie, Anię i mojego ducha.

W pewnym momencie zauważyłam, że nie muszę wtedy siedzieć w ciele. Moja świadomość była nieskończona, potrafiła dotrzeć do każdego zakamarka tego, co jest. Widziałam moją śmierć, widziałam moje dzieciństwo, historie, które teraz wszystkie nabrały sensu. Ciągle i wszędzie wysyłałam niekończące się uznanie dla ludzi, którzy pozwolili mi doświadczać historii Ani.

Tak, rozszerzając się, zaczęłam swoje podróże poza ciało.

Kiedy jesteś świadomością, po prostu płyniesz — jak rzeka, tylko w wiele miejsc naraz. Jak wielowymiarowa rzeka, którą od czasu do czasu zaszczycasz uważnością. To ten kawałek rzeki przykuwa twój wzrok, inny ma twój słuch, jeszcze innym dotykasz czegoś — i tak uczysz się nowego sposobu bycia.

W wielu takich zatrzymaniach, które płynęły i zaczynały się nie wiadomo kiedy i kończyły wtedy, kiedy miały się skończyć, zaczęłam naturalnie wychodzić z ciała.

Zaczęłam sama, w stanie cudownej ufności, wypływać tam, gdzie mnie jeszcze w tym życiu nie było. Docierałam do ludzi, których znałam, by także dotknąć tych, których już z nami nie ma.

Wpływałam do innych rzeczywistości intencyjnie.

Na przykład chciałam doświadczyć, jak to jest nie być człowiekiem. I wtedy, po moim zanurzeniu w stan „bycia”, moja świadomość unosiła się i płynęła przez czas i przestrzeń. Pewnego razu dotarłam do zespołu mgławic galaktycznych. Każda z nich miała swój kolor i swoją świadomość. Każda była wolna od grawitacji. Będąc mgławicą — czyli ciałem przejawiającym się w świetle, mieniącym się kolorem — naprawdę doskonale się bawiłam. Inne świadomości, które wcielały się w mgławice, chciały się bawić, chciały się przejawiać w nieskończoność — i właśnie to robiłyśmy. Przejawiałyśmy się w świecie fizycznym, całkowicie wolne od jakichkolwiek myśli. Było nas wiele. To było genialne doświadczenie.

Innym razem popłynęłam do mojego brata i zobaczyłam jego smutek i wyczerpanie. Co było bardzo zaskakujące — nad jego głową latała zmora, podobna do nietoperza, ale z ludzką twarzą dziecka. Była do niego podpięta i wysysała z niego energię. Kiedy tylko wróciłam z tego stanu bycia, zadzwoniłam do brata i zapytałam go, jak się czuje. Mówił, że jest wykończony.

W tamtym okresie zaczęłam już prowadzić medytacje z ludźmi, by dzielić się moim doświadczeniem.

Moja dusza dosłownie powiedziała mi pewnego dnia: „Załóż szkołę duchowości” (co niechętnie zrobiłam, bo totalnie nie czułam się godna takiej szkoły), a w późniejszym czasie również: „Zacznij prowadzić medytacje z ludźmi”. Mój umysł był przerażony, ale ponieważ poddałam się boskiemu prowadzeniu, nie chciałam się kłócić.

Założyłam szkołę duchowości i zaczęłam prowadzić medytacje.

Pozwól się prowadzić

Na początku mój człowiek coś wymyślał. Dwie pierwsze medytacje miałam ułożone w głowie i próbowałam poprowadzić ludzi przez to, co sobie wyobraziłam.

Szybko się to zmieniło i zaczęłam coraz pewniej po prostu przychodzić na medytacje w poddaniu się. Pozwalać się prowadzić. Czasem, idąc do ludzi, pojawiała mi się krótka wizja na temat tego, o czym będę mówiła, a czasem całkowita pustka. Wchodziłam z ludźmi w stan rozluźnienia ciała i wtedy ta pustka wypełniała się czuciem, a ja o nim opowiadałam — emanowałam. I tak jest do dziś.

Na tych pierwszych medytacjach dzieliłam się, rozbawiona, moimi podróżami. Cóż — wtedy nie znałam nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać, ani ludzi w moim otoczeniu, którzy przeżywaliby to samo.

Za każdym razem, kiedy dzieliłam się nową podróżą, uczestnicy medytacji mówili, że bardzo to przypomina to, o czym pisał Robert Monroe w swoich książkach „Podróże poza ciałem”. Pomyślałam sobie: po co czytać czyjeś doświadczenia, skoro mam swoje własne?

Jednak w końcu, po kilku takich odkryciach, zajrzałam do tej książki — i tak bardzo się ucieszyłam. Ktoś opisał wszystko to, przez co przechodziłam, już w latach 90.! To oznaczało, że mogę się tym otulić, że jest ktoś, kto — tak jak ja — sam do tego doszedł, opisał to i odkrył się z tym przed nieznanymi ludźmi. Poczułam wtedy wielką wdzięczność do każdego, kto podzielił się swoim doświadczeniem, pomimo świata, w jakim przyszło mu żyć. Wdzięczność wylewała się oknami.

Dlatego się dzielę

Dlatego do dziś też dzielę się swoimi doświadczeniami. Tu, pisząc ten tekst, na imprezie z nieznanymi ludźmi, na ulicy, w sklepie — nieważne. Nie cały czas, tylko gdy ktoś zapyta albo jest tego świata ciekawy.

I nawet jeśli to wyśmieje — cóż — to jego boskie prawo. Mogę pośmiać się razem z nim, bo bez humoru cała ta paleta nowych umiejętności byłaby tylko frustracją.

Moje doświadczenie jest już moje i nic tego nie może zmienić.

A moje rozszerzenie się zmienia. W zależności od moich potrzeb.

Obecnie prawie w ogóle nie podróżuję poza ciało. Tylko w wyjątkowych okolicznościach.

Był taki moment, że przyszedł czas na ucieleśnienie — większe wejście w znaną nam fizyczność, wejście w gęstość. Tu doświadczam czegoś innego, znowu na nowo, w cichym prowadzeniu.

W pewnym momencie zobaczyłam, że za daleko odpłynęła mi historia Ani i że jej życie przestało mnie obchodzić, a przecież to nią chciałam zakończyć wcielenia na Ziemi. I postanowiłam zamknąć magiczne pudełko rozszerzenia i tylko uchylić wieko. Tak, żeby na nowo uwierzyć — chociaż trochę — w to, co dzieje się tutaj, na Ziemi. Aby podzielić się doświadczeniem z tymi, którzy tego potrzebują i — tak jak ja — trafią na te teksty i poczują wielką ulgę. Że ktoś też tak miał.

Jestem tu.
Jeszcze pobędę.

A może przyjdę i dotknę cię — nie przez ciało.
Bądź obecny.
I pamiętaj: to wszystko jest prawdziwe dla tych, dla których jest to możliwe.

Linoskoczek multiwymiarów,
Anna Budzowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powrót do góry