Posłuchajcie pieśni, która grała nam na festiwalu — pieśni nowych energii.
Pieśni, która łączy to, co ludzkie, z tym, co boskie — światło z ciemnością scala i nie odrzuca żadnej części siebie.
W końcu jesteśmy, po wielu upadkach i powstaniach, nieśmiałą nić przędziemy. Taką, która nie potrzebuje być niczym niezwykłym. Nić, która nie przestaje tworzyć z siebie. Nieprzerwaną nić tego, co wybraliśmy dla siebie na drodze suwerennego mistrzostwa.
Jesteśmy więc, a każde oczko tej kreacji szyte jest z nowego. Bez planów, bez zamiarów, wyłania się jak dzieło najwybitniejszego malarza.
Zakiełkowało w Polsce, gdzie na pewnym wydarzeniu spotkali się Mistrzowie gotowi dzielić się swoim głosem. Nieustraszony muzyk z Izraela przyjechał wtedy samochodem wypełnionym instrumentami — i choć podróż była naprawdę długa i pełna zakrętów — jechał sam. Jak każdy, kto słyszy. Bo każde słowo czy muzyka są przeznaczone dla wielu par uszu, lecz każda para robi z nimi, co zechce. Taki to już cud naszej ziemskiej podróży.
Pięć razy się wszystko poobracało, jak za sprawą najwymyślniejszego kalejdoskopu, żebyśmy znaleźli się w Wiedniu — mieście kabaretów, muzyków wybitnych i sztuki, która wymyka się z ram świata. Tam dziewięciu śmiałków snuło plan festiwalu z nieuchwytnej nici. Tańczyło z nią.
Zasiedliśmy w kole kreacji z niesłychaną powagą — i nić mogła zacząć zataczać kręgi. Energia wirowała, a skrypt pisał, co zostało sprowadzone na Ziemię.
Sen o festiwalu dla Mistrzów — suwerennych istot, które nie potrzebując nic, chcą dawać i dzielić się inspiracją.
— A jak? — zapytał Skryba.
I się wyłaniało.
W małych grupach — bezpiecznych, świadomych i otwartych — przez muzykę, sztukę i poezję natchnioną światłem świadomości. Przez mądrość przejawianą w działaniu. Przez talenty połączone, zrodzone z chwili. Z furką na to, co może się wyłonić.
Dziewięciu śmiałków z pasją mówiło o wibracji dźwięku, która łączy pola energetyczne ludzi. O teatrze, który pozwala śmiać się z siebie. O sztuce, która otwiera na wiedzenie. O ruchu, który pozwala odpocząć ciału. O ogniu, który gromadzi ludzi. O kolorach, które zostają w pamięci.
I tak zrodzony projekt, jak to często w nowej energii bywa, narysowany został na papierze, a wierny Skryba wypuścił go na wiatr, aby powietrze mogło z nim zatańczyć i zwrócić w najlepszej do tego chwili.
Przez rok nic się nie działo — aż tu nagle powstała jak z popiołu PASJA, a raczej MASION, czyli ta pasja popychana przez misję, która wychodzi od tych, którzy potrafią trwać w przyzwalaniu i nie budują przy tym oczekiwań.
I złoto-pomarańczowa nić zaczęła znowu działać — na 40. piętrze hotelu w Warszawie i równocześnie gdzieś na słoweńskich wzgórzach. A jej wynikiem było to, po co festiwal powstał — połączenie.
A chwilę później już staliśmy wszyscy w Słowenii, wpatrując się w dal łagodnych gór, tak bliskich oczom. Siedzieliśmy na grubych kocach wśród wiosennych kwiatów, a z drzew machały do nas białe, rozkwitłe gałęzie. Śmiech i radość ze spotkań unosiły się echem, a oczy lśniły wszystkim, którzy wybrali tu być.
Ogniska rozświetlały stare historie, które jeszcze czasem potrzebują się ogrzać, a muzyka otwierała na przyjemność w ciele. Bębny trzymane przez wielu wybijały rytm — i wszyscy zaczęli tańczyć, nieważne, czy w sercu, czy na trawie. Każdy był sobą — jak nigdy wcześniej — w grupie ludzi. W grupie śmiałków, którzy odważyli się na pełnię siebie.
Wiedzeni przyzwalaniem, wraz z trzema niewiastami o sercu czystym, weszliśmy w półwymiar świątyni Tien. I każdy z przybyłych dopełniał go swoim śpiewem, obecnością i otwarciem. Nie tworzyliśmy nic nowego — przyzwalaliśmy na to, co już dawno odkryliśmy: że wszystko jest połączone i każdy z nas jest wszystkimi.
Tak wypełnieni, dotknęliśmy całości — choć nie dla wszystkich było to przyjemne.
Ciemność również potrzebuje przyjaciela, tak samo jak światło.
Więc czemu nie dać im razem zatańczyć?
Wypełnialiśmy więc czas wspólnym — wspólnym spacerem na stary zamek na wzgórzu, wspólną improwizacją teatralną do bohaterów Merlina i króla Artura, wspólnymi tańcami na trawie — nawet jeśli po spotkaniu muzyka grała już tylko w naszej głowie.
Wspólnie jedliśmy — i każdy przynosił coś od siebie na wspólny stół.
Ktoś zrobił tiramisu, ktoś poczęstował limoncello, a ktoś inny przyniósł owoce, soki czy sałatki.
Najważniejsze jednak w tym wszystkim pozostawało otwarcie — nieprzerwane otwarcie, które przejawiało się w radości.
Pozwoliliśmy sobie na stworzenie kręgu channelingu duszy, w którym każdy z przybyłych mógł dodać swój głos. I wysłuchaliśmy siebie i innych, którzy przyszli, by dodać coś od siebie do festiwalu — również spoza zasłony.
I było lekko, świetliście i bez agendy. I przyjęliśmy to z wdzięcznością.
Na koniec na scenie pojawiła się esencja Bławatskiej, przebrana w karmazynową suknię. Nie był to channeling, a raczej zabawa w przepływie, w której wzięło udział dwoje chętnych — on i ona. Niespodziewanie odważyli się odegrać dla nas wszystkich aspekty, które jeszcze trzymamy w sobie.
Ona — trzymała swoje talenty zmrożone, czekając na bardziej dogodny czas, nie rozumiejąc, że czas już nadszedł. I przyszła pomoc od Niego — Maga. I czy to był mag wewnątrz nas, czy magiczny partner miłosny w przyszłości — nieważne, bo nagle, w obu przypadkach ONA mogła zacząć świecić pełnią swojego światła, już bez wstrzymywania. Odmrażając wszystko, co chce się z nas wylewać, kiedy jesteśmy zanurzeni głęboko w swojej esencji i czujemy się z tym bezpiecznie. Bo takie jest nasze przeznaczenie.
On — choć już wszystko miał w swoich rękach, nadal wątpił w swoją moc, jakby przykuty niewidocznym łańcuchem. Nękany dawnymi ranami miłości, działał ostrożnie — może zbyt ostrożnie. I jedyne, na co miał pozwolić, to na przejawienie miłości — nieważne, czy tej do siebie, czy tej do Mistrzyni naprzeciwko, bo w obu przypadkach to oznaczało to samo.
Więc UZNANIE swojej wielkości zostało przepowiedziane.
I zarówno Ona, jak i On — po wszystkim nie chcieli być już przykuci kajdankami (bo mieliśmy je na scenie). Wybrali połączenie z wyboru — i naprawdę wzięli się za ręce. Bo taki to był festiwal — ten, który łączy. A karta, jaka przyszła trzy razy w trakcie tej sesji — zarówno do niej, do niego, jak i do przyszłości tego festiwalu — to dwa kielichy: MIŁOŚĆ.
Esencja, po którą wszyscy zeszliśmy na Ziemię — i przez którą może niektórzy jeszcze będą tu wpadać, co jakiś czas.
Esencja, która prowadzi nas dalej — na kolejne akty i takty szyte złoto-pomarańczową nicią.
I wybieramy to dalej.
I zapraszamy każdego suwerennego Mistrza do wspólnej zabawy w przyszłości. Zabawy w połączenie, pełne otwarcie z innymi Mistrzami — taniec, teatr, śpiew, muzykę i sztukę. Bez jednego, a z każdym na równi.
By Alijah mogła śpiewać swoją pieśń.
Pieśń suwerennych Mistrzów Nowych Energii na Ziemi.
Kolejny FESTIWAL SUMMER of REALIZATION : https://www.facebook.com/events/628859260140894?locale=pl_PL












