Niebezpiecznie jest przebywać z ludźmi, którzy urzeczywistnili swojego ducha na ziemi.
Pamiętam moje rozmowy z polską bretarianką, która wprowadzała do mainstreamu dietę praniczną – dietę opartą na niejedzeniu. Miałam z nią do czynienia na medytacjach, a później chciałyśmy wspólnie nakręcić film dokumentalny o jej życiu.
Pewnego razu zwierzyła mi się, że może przekazywać dar niejedzenia poprzez dotyk. Można było z nią przejść kilkudniowy kurs praniczny, gdzie po trzech dniach bez jedzenia człowiek przełączał się na „pranę” – czyste światło – i później kontynuował niejedzenie tak długo, jak potrzebował. Kto uzyskał głębokie połączenie z praną, nie musiał już zasilać się żadną energią z zewnątrz.
Jednak jej dusza pokazała jej, że nawet to nie jest konieczne. Gdyby ktoś bardzo chciał, mogłaby przekazać ten dar za pomocą dotyku. W tamtym czasie ta myśl porwała mnie w wir rozmyślań. A gdyby tak dotknęła mnie? Tu i teraz? Jak zmieniłoby się moje życie? Czy mogłabym po prostu przestać jeść?
Veni – bo tak kazała się nazywać – wyjaśniła mi, że choć jest świadoma tej możliwości, nie rozdaje daru niejedzenia w ten sposób, bo to diametralnie zmienia życie drugiego człowieka. Jeśli ktoś nie jest gotowy na taką dawkę światła, może go to doprowadzić do szaleństwa.
To było jakieś wyjaśnienie, ale mój umysł wciąż pozostawał zafascynowany możliwościami wykraczającymi poza normy tego, co znane.
Świetliste Przytulenie
Długo trwało, zanim uświadomiłam sobie, że ja też mogę przekazywać moje światło, moją realizację – za pomocą dotyku. A konkretniej – poprzez przytulnie.
I to mnie zaskoczyło.
Ale po kolei!
Tuż po mojej realizacji miałam taki szalony czas, w którym chciałam dotknąć wszystkich. Podzielić się. Zainspirować innych moją historią. Zwariowałam na punkcie patrzenia ludziom w oczy. Chciałam pokazać im, że oni też mogą.
Na swoje 36. urodziny kupiłam dwa torty. Kiedy kroiłam je na małe kawałki, przyszło do mnie rozpoznanie.
Z pełną świadomością zrozumiałam, że oto te kawałki tortu, które ofiaruję ludziom, są jak moje ciało, moja historia, moja realizacja. Możliwość połączenia ciała człowieka i duszy – na zawsze.
Dając je ludziom, mówiąc:
Bierzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje, które daję wam w ofierze, w darze łaski, w miłości do każdego z was. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.
Wiedziałam, że to się dzieje.
Tylko jedna osoba nie przyjęła daru. Dziś wiem, że nie była gotowa. I to jest OK. Piękne. Każdy doświadcza we własnym tempie.
Ale to, co się wydarzyło tamtego wieczoru, działo się przede wszystkim we mnie.
Goście prawdopodobnie nie rozumieli, co właściwie im przekazałam – tak jak nadal ludzie z kościoła nie rozumieją, dlaczego Jezus ofiarowywał symboliczne jedzenie swoim apostołom.
Prawdopodobnie większość z nich nawet nie pamięta tej chwili. A jednak świadomość, wybór, przyjęty dar – przybliżył ich do urzeczywistnienia siebie.
Światło w służbie
Później to działo się wiele razy.
Z radością obserwowałam, jak oświeceni mistrzowie w Indiach rozdają symboliczne jedzenie. Dla nich to było jasne. Naturalne. Jeśli oświecona osoba cię nakarmi, jej świadomość dosłownie trafia do twojego ciała. Staje się częścią ciebie. Dlatego wszyscy Awatarowie zawsze na końcu spotkania wręczali pożywienie każdemu z osobna.
A potem…
To światło, które we mnie świeciło, zaczęło samo z siebie promieniować w najmniej oczekiwanych przeze mnie momentach.
W samolocie do Stanów, gdy dotknęłam panikującego mężczyzny, który chciał uciekać z pokładu, „bo się rozbijemy”. Dotknięcie. I nagle siada spokojny na fotelu. Dezorientacja na jego twarzy, zmiana w energii – a jego zaskoczona mina łaskocze mnie po brzuchu i śmieję się sama do siebie.
Lub wtedy, kiedy żegnałam się z kilkoma podróżnikami, których spotkałyśmy w Stambule. Moment ostatniego przytulenia po trzech dniach znajomości i rozmów i ta fala miłości bezwarunkowej, która przeze mnie przeszła. To światło, które zjawiło się tak niespodziewanie, połączenie z rdzeniem ich natury. I łzy w oczach dorosłych mężczyzn, ich rozpoznanie co się stało. Ich zdumienie i zaniemówienie.
Tak, to ja – pochodnia.
I wiem, że zabierzesz to światło ze sobą, bo tak miało być.
W samolocie do Egiptu, kiedy poczułam, że muszę uwolnić mnóstwo światła. Bez większego powodu. I w tym samym momencie – wielkie turbulencje, które nie chciały się skończyć.
Przesadziłam?
Ostatnio, jadąc metrem w wielkim mieście, też nie mogłam się powstrzymać. Czułam, jak moje światło przenika całą linię metra. Każdego podróżnego. Jak promieniowanie z Czarnobyla – tylko że to światło rozszerzające świadomość.
Nie mogłam już wrócić metrem do domu.
Przez trzy dni codziennie ktoś rzucał się pod pociąg.
Bo światło oświetla to, co ciemne.
A nie każdy jest gotowy zobaczyć swój świat bez iluzji.
I moi mężczyźni, ci najbliżsi, przy których próbowałam to powstrzymać, nie świecić tak jasno, żeby to jakoś powoli przyjeli na klatę. Bezskutecznie.
To światło w służbie, które może dotknąć wszystko w najczulszym miejscu.
Niebezpieczne dla wielu. I tak wyczekiwane przez resztę.
Świeci w najmniej oczekiwanych momentach.
Więc pamiętajcie, moi kochani:
Niebezpiecznie jest przebywać z ludźmi, którzy urzeczywistnili swojego ducha na ziemi.
Pewnie tak samo, jak czytać ten tekst.
ALE…
Jeśli jesteś gotowy…
WARTO.
